sobota, 2 stycznia 2016

Restauracja Pekin

Często wspominacie schyłek lat dziewięćdziesiątych w Poznaniu? Jako, że nie byłem jeszcze w tamtym okresie swojego życia wyjątkowo nastawiony na szczegółową rejestrację miasta od strony społecznej i urbanistycznej, zapamiętałem wyrwane z kontekstu szczegóły: na przykład kręte schody do domu handlowego w okrąglaku, po których spacer przyprawiał mnie o gęsią skórkę (ta przepaść w dół...). Pamiętam lekki odór stęchlizny uderzający od strony targu z kożuchami i bamboszami nieopodal, którego nie zdołały zniszczyć ani otwierane później sklepy z zachodnimi, bardziej wytwornymi produktami, ani kolejne regulacje prawne zabraniające sprzedawania regionalnych towarów z dala od ich wytworzenia - targ istnieje do dzisiaj. No i te czerwone parasole na Starym Rynku z ogromnym logo piwa EB (zresztą marek piwnych na tych parasolach było więcej - jeszcze wtedy urzędnicy poznańscy zapewne nawet nie śnili, że po ponad 10 latach będą debatować nad wyglądem rynkowych ogródków). Należy oczywiście również wspomnieć o nowych trendach konsumpcyjnych galopujących z Zachodu, które poznaniacy zaczęli chłonąć w równie ekspresowym tempie. Gdzie drodzy Wielkopolanie zaopatrywali się w najnowsze buty podobne do tych, które miał na nogach ten czy tamten amerykański gwiazdor kina gatunku B? Oczywiście na targowisku na ul. Bema, które po wolnorynkowych przemianach i boomie konsumpcyjnym lat przed kryzysem odwiedzają zapewne już ostatni natchnieni łapacze okazji, którym nie po drodze do głównych świątyń poznańskiego handlu.
A kulinarnie? Dla małego chłopca w tamtym okresie smaki wyznaczały trzy kierunki: już dziś zamknięta Pizza Hut na Placu Wolności, pierwszy w Poznaniu McDonald's mieszczący się trzy kroki dalej oraz kultowe Avanti działające na Starym Rynku już od ponad 25 lat. Pamiętam te weekendowe podchody z rodzicami w celu przekonania ich, aby jednak dać sobie spokój z tym gotowaniem schabowego w domu i iść na makaron po bolońsku albo jeszcze lepiej - pizzę z kawałkami wołowiny. Dlaczego właściwie o tym wszystkim piszę? Bo ten klimat lat 90-tych odezwał się we mnie ostatnio po wizycie w innej knajpie otwartej na początku ostatniego dziesięciolecia XX wieku (jak to brzmi!) Mowa o "Pekinie" - chyba najstarszej chińskiej i jednej ze starszych knajp w ogóle w Poznaniu. 
Oczywiście  niemożliwe, żebym dopiero teraz zawitał w Pekinie (albo poprawniej do "Pekinu" - niestety w chińskiej stolicy nie byłem jeszcze ani razu). Miałem okazję już jeść tam parę razy jednak nadgryzione zębem czasu kulinarne wspomnienia chciałem nieco odświeżyć.
Warto zauważyć, że chińskie jedzenie stało się w Polsce modne stosunkowo niedawno (mam na myśli może jakieś 10 lat?) - powiązałbym częściowo to zjawisko z otwieranymi galeriami handlowymi, które za warunek konieczny postawiły sobie zaoferowanie przynajmniej jednej azjatyckiej knajpy w swoich "food courtach", jak je zwykli nazywać. Przed "Pekinem" stało więc nie lada zadanie, by tak długo utrzymać się na fali. Tym bardziej, że jako przedstawiciele "slow food" (kolejny angielski zwrocik) mają teoretycznie trudniej niż knajpy, w których pakują zamówioną chińszczyznę w trzy minuty. Skoro dali radę, musi w tym być jakaś recepta. 
Jakie pierwsze wrażenia po wejściu? Witające gościa luksfery w wejściu (w budowlance hit lat 90-tych) trochę konsternują - czy to oby na pewno chińska restauracja a nie gabinet weterynaryjny albo biuro w ZUSie? Czerwień w odcieniu bordo na ścianach przedpokoju i słusznych rozmiarów Budda trochę mnie uspokajają. Sympatycznym akcentem jest błyskawiczny dostęp do szatni (które obecnie odeszły zdecydowanie do lamusa w restauracjach) - pani zza lady ochoczo przyjmuje wierzchnie odzienia sympatyków chińskich smaków. Nieczęsto zdarza się, aby osoby obsługujące szatnię były tymi pierwszymi witającymi gości, ale doceniam dobre chęci. W środku nie sposób uciec wzrokiem od azjatyckich motywów dekoracyjnych obecnych w każdym zakątku sali. Sądzę, że w latach 90-tych to właśnie ten kolorowy wystrój był dźwignią sukcesu "Pekinu". Prostokątna sala jest długa i może przyjąć sporo gości. Stoły ustawiono przy ścianach (ułożenie a'la wagon chyba zawsze się sprawdza), a wysokie siedzenia w pierwszej części sali pozwalają na zachowanie kameralności. W trakcie naszej wizyty na kolację przyszło jeszcze przynajmniej 20 osób i mimo takiego udziału gwaru nie uraczyliśmy.
W karcie jest ogromna ilość pozycji. Dla osoby, która wchodzi prosto z ulicy, wybór tego jednego dania może być sporym problemem. Rozbudowane menu to także trochę relikt po czasach, kiedy starano się zaoferować "jak najwięcej" by zrekompensować pewne braki dnia codziennego. 
Finalnie, w pierwszej kolejności spróbowałem karmelizowanego kurczaka z papryką i czosnkiem w sosie ostro-słodkim. Za cenę 21 złotych dostaliśmy zapełniony po brzegi podłużny talerz, który spokojnie starczyłby dla dwóch osób. Dobrałem do tego makaron sojowy (do wyboru był jeszcze makaron smażony i ryż z warzywami). Kurczak był naprawdę nieźle przyrządzony. Dominująca słodka nuta fajnie podkreśliła chrupkość karmelu na mięsie, które z kolei było delikatne - takie jak powinno. Ostrość zeszła na drugi plan, jednak podobała mi się jej zrównoważone i nieoczywiste źródło - trochę w niej było smaku imbiru, kardamonu i klasycznego chilli. 
Polędwica wieprzowa w sosie ostrygowym z pieczarkami była trochę bardziej łagodna, bez dominującej nuty. To smak dla bardziej konwencjonalnych zwolenników chińszczyzny. Mięso zostało jednak niepotrzebnie poszatkowane na małe kawałki - a szkoda, bo polędwica na tym straciła.
Polędwica wieprzowa He - czuen w ostrym sosie z grzybkami mun to z kolei trochę konkretniejsza propozycja. Pikantność w daniu balansuje dodatek świeżego ogórka, który polubiłem już jakiś czas temu w chińszczyźnie. Warto docenić znowu sporą ilość mięsa, która przewyższała pozostałe warzywne dodatki (wydaje się oczywiste, a jednak nie zawsze jest). Prawdopodobnie właśnie na to danie zdecydowałbym się przy kolejnej wizycie. 

 


"Pekin" to fascynujące zjawisko na kulinarnej mapie Poznania. Pomimo zmiennych trendów restauracja z powodzeniem od prawie 25 lat zaprasza w swoje progi nowych i stałych wielbicieli chińskiej kuchni w europejskim wydaniu. Pomimo faktu, że miejsce ma być może złote lata działalności już za sobą, jej pozycja wydaje się być niezagrożona. Duże porcje niezłego jedzenia, atrakcyjne ceny oraz miła obsługa to niewątpliwe plusy tego miejsca. Egzotyczny, trochę kuriozalny wystrój może niektórych zniechęcać, ale na pewno nie należy oceniać go zbyt pochopnie i jednoznacznie. Siedząc tu można sobie trochę powyobrażać, co byłoby, gdyby zabrać całą rodzinę do Chin i tam przygotowywać niedzielny obiad w starym babcinym mieszkaniu, o którym czas zapomniał. Zamiast schabowego -wieprzowina teriyaki. Zamiast paproci pod każdym oknem - bambusowe wiązanki. Koronkowe obrusy i kryształy za szybką w meblościance robią miejsce dla drewnianych podkładek i złotych posążków Buddy. Aby zrealizować tę wizję, wcale nie trzeba daleko wyruszać.