poniedziałek, 24 czerwca 2019

Sushi na medal - Dozo Sushi Bar

Czasami trafia się do miejsca, w którym wszystko "klika" od samego początku: pierwsze wrażenie, serdeczni ludzie za drzwiami i menu, którego lektura wywołuje z miejsca przyspieszoną pracę ślinianek. Gdy do tego kompletu dołożyć można zawartość talerza, która śni się później po nocach, wiadomo, że to jest to. Takimi doświadczeniami człowiek chce się później dzielić!



A przyznam, że z Dozo nie od razu tak było, ale... po kolei. Zanim trafiłem do nich osobiście, zdarzyło mi się dwa czy trzy razy zamówić ich rolki z dowozem. I choć przy tych kilku podejściach ani razu nie narzekałem, to wiadomo jak to jest z tym jedzeniem na telefon. Tu tempura przestała być ciepła, tam rolka nieco się poluzowała i wypuściła ze środka co nieco, bo kierowca za ostro zahamował na pomarańczowym... Wszyscy dobrze znamy ten ból, choć i tak - lenistwo komfort wygrywa i potem znowu zamawiamy (i narzekamy).

Sprawa nabrała innego obrotu, gdy wybrałem się do ich swarzędzkiego lokalu. Pomyślałem, że skoro to i tak rzut beretem ode mnie, lepiej zainwestuję ten czas i przejdę się do restauracji by zjeść jak człowiek. Lokalizacja może jest nieco zwodząca, bo działają w niedużym budynku w głębi osiedla domków rodzinnych. Plus jest taki, że to bliższa strona Poznania, więc dojazd z Ronda Śródka zajmuje tu jakiś kwadrans autem. Gdy nie ma korków. A zważywszy, że po prawej stronie Warty sushi jest jakby mniej popularne, warto mieć ten fakt na uwadze.

Po przekroczeniu drzwi na pierwszy plan wysuwa się to, co najważniejsze w każdym królestwie sushi - długa lada, za którą panowie kręcą swoje pierwszorzędne rolki. Wszystko dzieje się na żywo i bez ściemy, czyli tak jak być powinno. Do tego, wnętrze jest naprawdę przyjemne dla oka. Zerknijcie zresztą na zdjęcia.



By nie chwalić za bardzo dnia przed zachodem słońca, przechodzę szybko do właściwych czynności i zaglądam do karty. Wszystkie pozycje z sushi są podzielone na "talerzyki", które oprócz zawartości różnią się ceną i oczywiście zawartością. Łącznie jest osiem progów, które zaczynają się od 11 złotych, na 38 PLN kończąc. Są też naturalnie pokaźniejsze zestawy za większe pieniądze, ale te dziś mnie nie interesują. 

Zamówienie zaczynam od talerza ciemnozielonego (14 złotych), na którym rozgościło się nigiri z łososiem w ilości sztuk trzech. Lecę dalej - w oko rzucają mi się sashimi maki z grillowaną ośmiornicą (38 zł) oraz ponownie sashimi maki, tym razem z krewetkami w tempurze i sosem wasabi (38 złotych) - obie wersje można znaleźć jako talerze białe w karcie. Na tym nie zaprzestaję i całość zamykam czymś lżejszym, by uspokoić nieco rozochocony żołądek. Zdaję się na sugestię sushimastera, który podpowiada, by brać nattomaki z łososiem, serkiem i gęstym, karmelowym sosem sojowym (25 zł). Biorę w ciemno. W nagrodę za szybką decyzję moja wersja została wzbogacona o maliny, które potraktowano na moich oczach ciekłym azotem. Nie narzekam.

Nigiri z łososiem

Sashimi maki z grillowaną ośmiornicą

Sashimi maki z krewetką w tempurze

Nattomaki z łososiem, malinami, serkiem i gęstym sosem karmelowym z soi



Zaczynając od wstępu, nigiri jako najbardziej standardowa opcja może pozbawiona była fajerwerków, ale ukazała to co najważniejsze w sushi: świeży i dobry produkt. Więcej ekscytacji pojawiło się przy makach z krewetkami w tempurze. Jeśli tylko nie pozwolimy im wystygnąć, będzie więcej niż dobrze. Połączenie delikatności omleta z chrupką panierką, którą otoczono mięsistą krewetkę (królewską) nie ma wad. Jest po prostu bezbłędne. Odpowiedniego tonu dodaje tu też ostry sos na bazie papryczek chilli, który ostrożnie muska język żywym płomieniem ognia. W przenośni oczywiście. I jeśli do kompletu dołożyć te same maki, tylko z ośmiornicą to robi się już uczta z kategorii "idealnie niemożliwe". Mięso rozpływa się tu w ustach, choć delikatnie grillowana skórka zostawia sekundowy opór na zębach. Jest tu też kolendrowy, bardzo aromatyczny sos, który nadaje jeszcze większej nutki egzotyki a przy tym - ostrości. Przyznam się, że w trakcie uczty poszedł w odstawkę - zwyczajnie o nim zapomniałem. Każdy kolejny kawałek wydawał się kompletny pod względem smaku i nie wymagał już żadnej ingerencji. Na koniec trochę żałowałem, bo sos oceniam też wysoko.

Czas na ostatnią rolkę na słodko, tę nieco bardziej"kontrowersyjną". Zapewne na pierwszy rzut oka niektórych odrzuci. Sos karmelowy dodaje tu rzeczywiście sporo słodyczy, która choć została złamana przez rybny smak, wybija się i tak na pierwszy plan. Skondensowany aromat malin ( wzmocniony przez zamrożenie ciekłym azotem) dodał nieco kwaskowatości i to właśnie dzięki nim całość była bardziej złożona pod względem smaku i przez to ciekawsza. Mnie to osobiście przekonuje, choć żeby nie było - ostrzegałem! 

I to tyle. Wyszedłem najedzony po wszystkie czasy, ale było warto. W razie czego, Dozo to nie tylko sushi, ale też zupy (wszystkich trzech z karty próbowałem wcześniej na telefon i absolutnie nie mają się czego wstydzić, polecam szczególnie intensywnie morskie miso - jeśli ktoś lubi takie smaki). W planach jest też ramen, którego miałem okazję przedpremierowo spróbować, ale o tym może innym razem.

To mięso to karkówka. Pyszna.




Dla mnie to chyba najlepsze doświadczenie z sushi w roli głównej od kilku ładnych miesięcy. Nie jadam go za często, jednak za każdym razem, gdy już się decyduję, staram się trafiać celnie. Wiadomo, że nie jest to tania zabawa, a przy tym dochodzi ta cała niepewność: obco brzmiące nazwy w karcie, nieposłuszne pałeczki czy obawa przed reakcją żołądka na owoce morza... Trochę się śmieję, ale bywa i tak. A tu strzał w dziesiątkę. Tym samym mam dla Was bardzo dobry powód, by przejechać się do Swarzędza. Chyba, że łapiecie się na dowóz, ale pamiętajcie o wstępie - na miejscu smakuje zawsze lepiej. W końcu świeżość w sushi to fundament. Poza tym w lokalu panuje serdeczna i zwyczajnie fajna atmosfera, którą tworzą pracujący tu ludzie. Na pewno - do powtórzenia! 

Dozo Sushi Bar