piątek, 27 lipca 2018

Chmiel i Wiklina w Nowym Tomyślu

Wybierając się na krótką, weekendową wyprawę po okolicach Poznania zajechałem spontanicznie do Nowego Tomyśla.  Wybiło już południe, wycieczka ciągnęła się od rana, to i głód zaczął zuchwale dawać o sobie znać. Przyszedł czas na ulubiony punkt każdego wyjazdu: jedzenie. Jak pewnie każdy z nas nieraz miał okazję przekonać się w podobnych okolicznościach, małomiasteczkowa gastronomia rządzi się po swojemu i odkrywanie jej to trochę ryzykowna, ale też całkiem interesująca rozrywka. A ile radości, gdy odkryje się jakąś perłę!

Odpalam Internet i przeglądam lokalne restauracje. Zatrzymuję się na najciekawiej brzmiącej: Chmiel i Wiklina. O ile drugi człon nazwy wydaje się być jasny (Nowy Tomyśl produkuje jej w Polsce najwięcej), próbuję rozpracować ten chmiel. Ponownie wchodzę do sieci i po chwili wątpliwości znikają jak zimne piwko w lipcowe popołudnie. Dookoła Nowego Tomyśla znajdują się pola chmielowe. Wchodząc w szczegóły – łącznie 90 hektarów. To swego czasu właśnie zielone szyszki zapewniły okolicznym mieszkańcom dostatek, a miasto intensywnie się rozwijało. Nazwa restauracji nawiązuje więc bezpośrednio do miejsca, w którym się znajduje. Ma to sens!







Lokal znajduje się nieopodal centrum (rzut beretem od słynnego, największego w kraju koszyka wiklinowego - wow!). Przed wejściem rozstawiono miejsca do siedzenia. Ogródek otoczony przez gąszcz chmielu i kwiatów  wygląda jak z kadru wakacyjnego filmu kręconego gdzieś w malowniczym miasteczku na południu Polski. Nie powiem, jest idyllicznie. Do tego żar leje się z nieba, goście restauracji niespiesznie sączą zimne napoje, a w powietrzu unosi się zapach pieczonej papryki. Ach! Wrażenie robi też wejście do restauracji przyozdobione wiklinowymi „pniami” po obu stronach. Kolejne pomysłowe nawiązanie do lokalnych dóbr. Jak jest w środku?

Wewnątrz jest jeszcze ciekawiej. Sporej wielkości sala z meblami, rzecz jasna z wikliny, zielenią na ścianach i humorystycznymi akcentami jak podwieszane pod sufitem papierowe ptaki. Jest jasno, przytulnie i kameralnie. W drodze do toalety odkryłem, że obok kryje się jeszcze druga sala (pewnie przeznaczona na zorganizowane wydarzenia). Na brak miejsca nie można więc narzekać. Żeby nie denerwować dłużej żołądków, siadamy i patrzymy co ciekawego można tu zjeść.





W karcie dzieje się dużo. Z grubsza w Chmielu i Wiklinie serwują kuchnię europejską. Obok pizzy i makaronów znaleźć można klasyczne dania obiadowe, a nawet kebab. Trochę szkoda, że nie jest bardziej regionalnie, ale i tak jestem ciekaw. Zamawiamy włoski krem pomidorowy oraz focaccię, a na główne danie czarny makaron linguine z krewetkami tygrysimi oraz łososia „na zielonej pierzynce ze szpinaku z kuskusem i sosem pomarańczowym”.

Jako pierwsza na stole ląduje focaccia (10 zł) z kremem pomidorowym (7 zł). Ta pierwsza jest chrupiąca, dosyć cienka i wystarczająco aromatyczna. Dobrze komponuje się z zupą - intensywną w smaku, trochę słodką, z wyraźnym posmakiem bazylii i oregano. Gdyby dodać do niej kleksa śmietany zamiast octu balsamicznego - byłoby genialnie, ale zauważyłem na Instagramie Ch&W, że taka też była serwowana. Zależy więc to pewnie od wizji kucharza. 

Całościowo, wstęp był więcej niż przyzwoity a nasze podniebienia czekały na dalszy rozwój akcji. 










Po krótkim czasie na stole pojawił się łosoś na kuskusie (31 zł) oraz makaron z krewetkami (29 zł). Mówiąc krótko, trafiły nam się porządnie przygotowane i naprawdę smaczne dania.  W pierwszym daniu katalizatorem dobrego smaku okazał się pomarańczowy sos, który doskonale łączył rybę z kaszą. Niespodziankę zrobił też szpinak, któremu nie pożałowano czosnku i masła. Makaron natomiast połączono z delikatnym śmietanowym sosem, ponownie o wyraźnej nucie czosnku i ziół. Jak się później dowiedzieliśmy - cała zielenina na talerzach jest własnej uprawy. Taki miły akcent. Co do krewetek (a było ich na talerzu sześć), również należą się kucharzowi brawa. Sprężyste, ugotowane w punkt, bez niespodzianek w środku (if you know what I mean) a do tego obrane przed podaniem na talerzu.

O czym chyba też warto wspomnieć to zauważalnie dobre stawki. W przeciętnej restauracji w centrum Poznania zapłacilibyśmy za podobne dania o 10-20 złotych więcej za jedną pozycję. Kolosalnej różnicy nie ma, ale mówiąc pół żartem, pół serio - pieniądze same do portfela nie wpadają. Rozsądek podpowiada, że wyprawa za miasto tylko po to, by zjeść za kilka złotych mniej jest nie najlepszym pomysłem, jednak jako wartość dodana działa na plus. Można to porównać do wakacji w innym kraju, gdzie waluta jest słabsza i ceny na chwilę przestają mieć takie znaczenie. Szkoda tylko, że to uczucie towarzyszy częściej takim Niemcom, którzy przyjeżdżają na przykład do nas. Ech.




A tak wygląda chmiel podczas uprawy
Wszystkie znaki na niebie wskazują, że gastronomia żyje nie tylko w dużych miastach. Nietuzinkowe miejsce, dobra kuchnia i doskonałe nawiązanie do lokalnych tradycji. To bez dwóch zdań największe atuty Chmielu i Wikliny. Nie ma co udawać - to nie jest typ restauracji z białymi obrusami i wyrafinowanymi daniami. Pizza i kebab w karcie wprowadzają może pewien miszmasz, ale czy ma to takie znaczenie? Przynajmniej w razie wizyty z dzieciakami łatwiej będzie coś dla każdego wybrać. Samo miejsce ma klimat i potencjał, a to dużo znaczy. 

Restauracja Chmiel & Wiklina
Ul. Powstańców Wielkopolskich 1 A, Nowy Tomyśl

Facebook