środa, 7 listopada 2018

Przez 5 dni próbowałem przestawić się na catering


Nie da się ukryć, że cateringi dietetyczne na dobre zadomowiły się w gastroświecie. Z niszowego i trochę abstrakcyjnego pomysłu serwowania ludziom pudełek z jedzeniem zrobił się prężnie działający biznes. Niezliczone konta firm cateringowych na instagramie czy reklamy wyskakujące z przysłowiowej lodówki mówią same za siebie. Nie dziwi nic, skoro korzyści takiej diety brzmią kusząco. W końcu jeśli powierzasz komuś swoje planowanie posiłków w stu procentach, życie wydaje się od razu prostsze i piękniejsze. Prawie jak powrót do dzieciństwa, nieprawda?

Choć sam podchodziłem z początku do całego tego zamieszania nieco sceptycznie, w końcu trafiło i na mnie. Pewnie was nie zaskoczę jeśli powiem, że pierwszym argumentem ZA była oczywiście wygoda. Dziewięć godzin w biurze i późne wypady na jedzenie na miasto odbijają się raczej średnio na diecie. Czasu na gotowanie w tygodniu jest mało, więc często gęsto jedzenie w pracy trochę różni się od tego, które pojawia się tu na blogu. Kołem ratunkowym przy południowym napadzie głodu jest najczęściej buła z sałatką z plastikowego kubka. Albo -  jedzenie na wagę w firmowej stołówce. I tak historia wraca jak bumerang. A taki catering magicznie usuwa ten problem.























Ustaliłem kaloryczność na 2000 kcal. Resztę energii miało uzupełnić jedzenie na mieście. Zresztą, cała "dieta" miała trwać raptem pięć dni, więc nie martwiłem się o kolidowanie pudełek z blogiem.
Przez ten czas o moje jedzenie martwił się CookFit - firma, która nadała swojej diecie miano "premium". Byłem ciekaw, jak sobie poradzą i dlatego w trakcie tamtego tygodnia bacznie notowałem swoje obserwacje, by się nimi z wami podzielić.


Od początku


Schemat jest ten sam. Wybierasz dietę, ewentualne wykluczenia, kaloryczność i ilość dni. Z rana pod twoimi drzwiami dostawca zostawia torbę z pięcioma pudełkami na cały dzień. Dla mnie, reszta była zagadką. CookFit to mój pierwszy catering, więc pierwsza torba, która czekała na mnie w pracy była prawie jak urodzinowy prezent. Całkiem serio.

Potem obserwacja


Na każdym pudełku jest informacja o rodzaju posiłku i jego ogólny opis. Wspomniana jest też kaloryczność i ilość węglowodanów, białka i tłuszczu. Dla mnie te ostatnie informacje nie mają akurat większego znaczenia. Dla tych, którzy liczą wartość odżywczą każdego posiłku jest to pewnie spora oszczędność czasu. Wydaje mi się, że opis jest wystarczająco czytelny i jasny. Wszystkie pudełka trafiają do lodówki i potem do wieczora - oczekają na swoją kolej.

A co z jedzeniem?


Przed pierwszym dniem przejrzałem z ciekawości na stronę CookFit'a, gdzie znalazło się menu na cały tydzień. I nie powiem - trochę zgłodniałem. Jest różnorodnie i kreatywnie. Przykładowe dania obiadowe to gulasz na puree z manioku czy butter chicken z żółtym ryżem. Na śniadanie muffinki owsiane z jagodami? Brzmi ciekawie! Do tego w ofercie są koktajle, faszerowane warzywa, gofry i inne. Nudny na pewno nie ma. CookFit podaje na swojej stronie, że swój jadłospis opracowuje z dietetykami. Ma być nie tylko smacznie, ale też profesjonalnie. Po pierwszym dniu okazało się również, że jedzenie nie tylko dobrze wygląda na papierze, ale też - w większości przypadków - smakuje naprawdę nieźle. Nie są to oczywiście żadne wyżyny kulinarne, ale totalnie nie o to chodzi. Zawodu nie było tak naprawdę chyba ani razu. Ciekawe jest natomiast to, jak szybko kubki smakowe przyzwyczaiły się do "nowej ręki" kucharza. Nie jestem pewien, ile osób pracuje nad ugotowaniem posiłków akurat w tym cateringu, ale już po trzecim-czwartym dniu smak jedzenia stał się dużo bardziej przewidywalny.
Po kilku dniach nie czułem też, by czegoś szczególnie mi brakowało. Menu jest wystarczająco urozmaicone. Inna sprawa z kalorycznością. Między posiłkami leki głodek dawał o sobie znać, więc już drugiego dnia wszystkie pudełka zjadałem do siedemnastej. A potem wiadomo, dalsze jedzenie.

I uległo...

Jest jedna rzecz, o której sobie przypomniałem. Na stronie znalazła się informacja, że menu może ulec zmianie i tak faktycznie było. Menu piątkowe pojawiło się w czwartek i na odwrót, o czym nie było nigdzie informacji. To w sumie nie jest problem, ale ciekawe, jaka była przyczyna takiej sytuacji.







Jak to wygląda cenowo?


Pięć dni, w czasie których dostajesz po pięć pudełek z posiłkami dziennie to w CookFit wydatek wysokości 315 zł. Dotyczy to diety o kaloryczności 2000 kcal. Kwestia finansowa jest oczywiście bardzo indywidualna. Generalnie nie da się ukryć, że cateringi dietetyczne to raczej droga zabawa. Każdy pewnie gdzieś liczy, ile wydaje miesięcznie na jedzenie i zdaje sobie sprawę, czy na diecie pudełkowej mógłby coś zyskać (poza czasem) czy wręcz odwrotnie. Jeśli jesteście ciekawi, możecie zerknąć na cały plan z podanymi cenami tutaj: Cennik

I te nieszczęsne pudełka


Teraz trochę o innej sprawie, a mianowicie śmieciach. Często głównym zarzutem wobec cateringów jest fakt, że są sprawcą generowania ich większej ilości. Każdy posiłek to jedno pudełko. Dziennie jest ich pięć. Do tego dochodzi duża papierowa torba i plastikowe sztućce. Trochę się tego zbiera. Przy okazji zacząłem się zastanawiać, ile sam na co dzień produkuję śmieci. Kupując jedną bułkę w sklepie, jakiekolwiek warzywo czy batona - po wszystkim zostaje niepotrzebne opakowanie czy siatka. Po każdym napoju - butelka. I tak dalej. Sądzę, że dla singla, który robi zakupy tylko dla siebie, kwestia śmieci przy takim cateringu nie robi jakiejś większej różnicy. Co innego przy parze czy rodzinie z dziećmi. Gdyby każdy z osobna miał korzystać z takich pudełek, sprawa byłaby bardziej poważna. Z tego powodu - nie uważam, że był to u mnie problem.



Podsumowanie

Pięć dni cateringu minęło w mgnieniu oka. Czy żałowałem? Trochę tak i... trochę nie. Przed ten czas największym plusem była zdecydowanie wygoda. Ilość czasu wolnego była rzeczywiście zauważalna, a do tego (co cieszy mnie podwójnie): nie trzeba było myć naczyń. Uff.
W czasie tego tygodnia testowego zdałem sobie też sprawę, że lubię mieć pełną kontrolę nad tym co jem. I tu powstaje pewien paradoks, bo z jednej strony nie mam czasu na gotowanie, z drugiej: chcę to robić. To jest chyba znak dla mnie, że czas na mobilizację i pracę nad dysponowaniem swojego planu dnia. I chyba właśnie dlatego ostatecznie nie zdecyduję się na catering na dłuższą metę. Co do samego CookFita, nie mam większych zastrzeżeń, a cała przygoda była warta zachodu. Jeśli jesteście ciekawi szczegółów technicznych, odsyłam na stronę: CookFit

A wy, co myślicie o takich cateringach? Dajcie znać w komentarzu!

Dominik